11.06.2024

Refleksje popowrotne - dlaczego wolontariat to zabawa bardziej dla 20 niż 30-latków

Zaraz jak to, przecież taki super pomysł, nowy kraj, kultura, ludzie, zwiedzanie i tak dalej. Co to za kolejne narzekania? Owszem będą, nie po raz pierwszy zresztą. Po kolei jednak. 

Jeśli bliżej ci do 30-tki niż 20-tki i zdecydujesz się na taką przygodę, możemy śmiało założyć że nie masz wielu zobowiązań i prawdopodobnie jesteś singlem. Nie sposób zaprzeczyć, że są to czynniki ułatwiające taki wyjazd, a prawdopodobnie w ogóle go umożliwiające. Gdy już znajdziemy się na miejscu, to spoza ogólnej ekscytacji nowym miejscem i okolicznościami, po pewnym czasie zaczną się przebijać zgrzyty jak;

Post-przeprowadzkowa irytacja

Wiele ludzi umoczonych w schemat praca-dom narzeka na rutynę. Jednak gdy znajdziemy się w nowym miejscu, odkrywamy, że tam... czeka nas to samo, tj zakupy, gotowanie, sprzątanie. Co gorsza, trzeba się od zera orientować w nowym miejscu, dokupić brakujące rzeczy, zorientować które produkty znajdziemy (lub nie) w którym sklepie. Na nowo wybrać swój ulubiony chleb czy duży garnek. A to wszystko zabiera czas i wysiłek - im bardziej lubimy mieć uporządkowane, tym więcej. Dotąd pamiętam jak irytował mnie brak zegara elektronicznego w kuchni i przez jakiś czas musiałem do gotowania zakładać na rękę cyfrowego Casio.

Permanentna tymczasowość

Większość organizacji przyjmujących wolontariuszy gości zarówno krótko jak i długoterminowych. Tych pierwszych jest najwięcej w okresie letnim, zaś długoterminowych jest z reguły mniej. Gdzie leży problem? Trudno budować jakiekolwiek głębsze relacje z kimś, kogo za chwilę tutaj nie będzie i mała jest szansa, że spotkacie się kiedykolwiek ponownie. Oni tego jeszcze nie wiedzą, ale każdy kto uczestniczył już w erasmusowych projektach, dobrze zdaje sobie z tego sprawę.

Mylą się imiona i życiorysy - szczególnie gdy przyjedzie kilka osób naraz i wygląda podobnie (jak zapakowane w hijaby, kopiuj-wklej Turczynki). Im większe różnice kulturowe, tym trudniejsze będzie przebijanie się przez czyjś charakter. Pojawia się wrażenie wysiłku idącego w próżnię, bo co chwila ktoś przyjeżdża, wyjeżdża i tak to leci. 

Apogeum tego zjawiska było szkolenie mid-term dla długoterminowych wolontariuszy, gdzie w jednym hotelu zebrało się ich ponad 200. Korytarze pełne ludzi, mnóstwo interakcji, lecz bardzo powierzchownych. Ciągłe przedstawianie się i 2 zdania o twoim wolontariacie - w tym wieku to już męczy. Problem dotyczy też poniekąd codziennych rozmów w gronie własnej organizacji i zamienia się w... 

Nieoczywistą samotność

Niby tyle ludzi dookoła, a tak mało z którymi możesz porozmawiać o czymś dla ciebie istotnym. Pełno interakcji wokół trudno powiedzieć czego, small talki o aktualnościach i pogodzie. Nieporozumienia z racji różnego poziomu angielskiego. Stopniowo narasta irytacja tym wszystkim i niepostrzeżenie zaczynasz się alienować. Wprawdzie zdejmuje z nas to ów społeczny 'gówno-wysiłek', ale ostatecznie pogarsza samopoczucie. Pół biedy jeśli mieszka się np. w mieście uniwersyteckim gdzie łatwo poznać innych ludzi, tj nie-wolontariuszy. Mi niestety trafiło się mieszkanie z dala od centrum, gdzie każda wyprawa do centrum była... no właśnie, wyprawą.

Cofnięcie się w rozwoju

Krótkoterminowi wolontariusze (do 3 msc trwania) są z reguły też młodsi i siłą rzeczy bardziej zainteresowani imprezowaniem kiedy tylko się da. Mówiąc wprost, dla ludzi 26+ mogą okazać się irytujący swoim zachowaniem z kategorii "Omujborze, to ja sprzed 7 lat, dobrze że już taki nie jestem" - szczególnie gdy przychodzi do mieszkania pod jednym dachem. Ściganie 19-latków za np. robienie syfu w kuchni jest dla kogoś pod 30-kę zajęciem spod szyldu "dlaczego ja to muszę robić, i to w tym wieku?" 

Aktywności wolontariackie z reguły nie są zbyt skomplikowane, zresztą nie powinny być. Dla młodszych ludzi to nie będzie wada, jednak gdy pracowało się wcześniej na pełen etat i robiło stosunkowo skomplikowane rzeczy, po jakimś czasie ten poziom tutorialu zaczyna ciążyć. Praca full-time nauczyła człowieka sytuacji, że tworzy on widoczny wkład w coś. Że czekają na ciebie wyzwania, twoja obecność ma znaczenie, a jej brak będzie gdzieś odczuwalny. Ten schemat funkcjonowania trudno jest odzobaczyć. Gdyby to zawrzeć w jednym zdaniu, powiedziałbym że bardzo trudne do zignorowania jest wrażenie...

Braku poczucia sprawczości

Ciężko mi się wypowiadać za każdy istniejący na tym świecie wolontariat, jednak mam wrażenie że spora część z nich zawiera zadania, do których wolontariusze są mocno drugorzędnym elementem i nieraz ma się wrażenie, że brak naszej osoby na miejscu nie zmieniłby zupełnie niczego. Nieraz wolontariusz jest zasadniczo dekoracją przestrzeni, zwiększając jej 'międzynarodowość' i 'europejskość' samym swoim istnieniem w pomieszczeniu. Taki efekt występuje przykładowo gdy idziesz gdzieś z organizacją prezentować jej działalność, czyli fakt że... jesteś wolontariuszem. Coś jak celebryta znany z bycia znanym. Bardzo możliwe, że ludzie 18-24 nie mają tak daleko idących przemyśleń, ale ja niestety mam. 



Wydaje się to być niemożliwe, ale najgorsze dopiero przed nami. Nikomu nie polecam uczucia które mnie osobiście bardzo dotknęło, tj poczuć na własnej skórze jak to jest...


Zestarzeć się o 10 lat w 1 dzień

Wprawdzie pakowanie walizek i nadawanie paczki to zajęcia nieco dłuższe i cały proces zaczyna się wcześniej. Czuć jednak boleśnie, że w trakcie jednego tygodnia uczestniczysz w świecie ludzi niemal dekadę młodszych, złożonego z dużej ilości alkoholu, wielkiego głośnika Bluetooth i sprośnych żartów, a następnie wsiadasz do samolotu i 4h później wysiadasz z niego w swoich latach 30, gdzie twoje najbliższe zadania to szukanie pracy, uzupełnienie zapasu suplementów i kontrolowanie stanu srogo nadgryzionych oszczędności. To nawet nie jest mokra szmata w ryj, a cała plandeka od TIRa. A to i tak nic przy tym, co czeka wracających na stare śmieci;

Syndrom pustej mapy

Wysiadasz z taksówki pod blokiem, wchodzisz do mieszkania. Kilka dni później, będąc już rozpakowanym i odkopanym z najpilniejszych formalności, zauważasz z przerażeniem że w dzień powszedni nie masz tu zupełnie nic do roboty. Nie ma dokąd pójść - pusta mapa, żadnych questów. Edukacja dawno zakończona, niemal wszyscy znajomi są w związkach i prowadzą dorosłe życie. Warunki do spotkań towarzyskich są dokładnie takie same gdy samemu się pracowało - w tygodniu tylko wieczór na krótko albo w weekend. 

Dopóki nie masz pracy, można wprawdzie spędzać czas w mieście, ale zazwyczaj wiąże się to z wydawaniem pieniędzy - czyli tym czego obecnie należałoby unikać. Wniosek jest z lekka przerażający - w tym wieku nie pozostało już nic oprócz chodzenia do pracy. Na co dzień pracując się o tym nie myśli, bo na głowie milion innych spraw, więc de facto problem się nie unaocznia. Pieniądze to jedno, ale zwyczajnie eh no, coś robić trzeba. Niby to wszystko oczywistości, jednak nie polecam obrywać nimi hurtem.

Dwukrotne rozstrojenie

Mając na uwadze jak szybko zlatuje obecnie rok, dwie duże rewolucje w głównym zajęciu i państwie zamieszkania jednocześnie brzmi jak COŚ. Faktycznie, trudno zaprzeczyć że działo się sporo. Jednak ma to swoją cenę. 

Początkowy okres po przyjeździe do Barcelos był czymś pomiędzy wakacjami a semestrem zagranicznym. Dużo ogarniania się na miejscu, poznawania wszystkiego dookoła, zwiedzania. Taki miesiąc miodowy, gdy wszystko jest nowe, super i hi-fi. A potem wjeżdżają pierwsze frustracje - a to na transport publiczny, nagłą i brutalną zmianę pogody, brakujące rzeczy w sklepach czy rozczarowującą kuchnię. Po jakimś czasie do tych trudności człowiek się przyzwyczaja, część z nich ignoruje i zaczyna się czuć jakby mieszkał tu od lat. 

I mniej więcej zaraz po tym, zostaje miesiąc do końca. Trzeba wypełniać końcowe papiery, pakować się i wracać. A to oznacza ponowny szok kulturowy - w moim przypadku głównie estetyczny. Polski krajobraz miejski ujrzany po kilkumiesięcznej przerwie jest naprawdę STRASZNY. Miks wszechobecnej kostki brukowej, okopconych smogiem bloków, barierek w narodowych barwach, paskudnych czcionek na billboardach. Do tego chaos przestrzenny i ogólna betonoza. 

Pierwsze kilka dni były naprawdę okropne, a ponowne przyzwyczajenie się zajęło mi niemal miesiąc. Choć tyle że powrót przypadł na okres gdy pogoda robi się coraz lepsza i przechodzi w pełnię wiosny.

Konkluzja

Gdybym mógł decydować ponownie, chyba wziąłbym sobie miesięczne L4 by porządnie odpocząć i przygotować się do szukania nowej pracy, mając wciąż starą i traktując ją bez ciśnienia. To nie tak, że nic fajnego z tego wolontariatu nie zapamiętałem - fajnie było sobie posiedzieć w innym kraju, bez większych trosk, mieć czas mu się przyjrzeć i zwiedzić wiele miejsc na które nie starczyłoby czasu w trakcie typowej pospiesznej wycieczki, z przylotem i wylotem w sobotę. 

Zwyczajnie w tym wieku takie doświadczenie już nie smakuje tak dobrze, jak ludziom którzy są jeszcze na etapie studiów lub nawet przed nimi. A wspomniane niedogodności sprawiają, że cena za to wszystko jest wysoka. Także dlatego że w moim przypadku moment poszukiwania nowej pracy był znacząco odsunięty w czasie od rezygnacji ze starej, co okazało się wydarzyć bardzo nie w porę przez duże redukcje zatrudnienia początkiem 2024. 

Bo na tym polega największy problem z takimi wyjazdami - kiedyś trzeba będzie wrócić i mierzyć się na nowo ze wszystkim.

29.03.2024

Randomowe ciekawostki #2

Pora na dawno niewidziany cykl z ciekawostkami zebranymi z portugalskiej codzienności.


1. Gruntowne wietrzenie samochodów

To zjawisko pierwszy raz uwidoczniło się późną jesienią, gdy deszcz stał się częstszym gościem niż słońce. Otóż w słoneczne weekendy na przedmieściach można było zaobserwować stojące na podjazdach samochody z otwartymi wszystkimi drzwiami i klapami - także maską. Ot sobotnia rutyna - odkurzyć, wywalić dywaniki na balustrady (pozdrawiam sąsiadkę) i otworzyć w aucie wszystko co się da. 

Skąd taki zwyczaj? Po konsultacji z lokalsem dowiedziałem się, że wprawdzie "on też tego nie rozumie", lecz najprawdopodobniej chodzi tutaj o pozbycie się wilgoci z wnętrza. Z jednej strony wydaje się to logiczne - w sezonie jesień-zima pada tutaj często, o wiele więcej niż w kontynentalnej Europie. Z drugiej jednak, samochody są wyposażone w takie dobrodziejstwa jak dach i wentylacja. 

W dodatku obecnie standardem jest klimatyzacja, która osusza powietrze - co powinno skutecznie odprowadzać wilgoć wniesioną mokrymi butami, czy znajdującą się w powietrzu (o ile rzecz jasna samochód jest regularnie używany). Być może to pozostałość z dawnych lat, gdy mało który samochód miał klimatyzację.


2. Pies na murze

Rzecz drobna i zabawna, jednak zupełnie jej nie kojarzę z Polski. Być może dlatego, że polskie płoty to zazwyczaj tanie modułowe rozwiązania - aż nazbyt rozpowszechniony Betafence i paskudne betonowe płyty z "ozdobnikami" typu tralka. 

Tutaj z kolei popularnym widokiem jest gruby kamienny mur o wysokości około 2m, często z wznoszącym się ponad nim żywopłotem. I po takim właśnie murze często gania pies, obszczekując nas z bardzo niewielkiej odległości. Jak na taki mur wchodzą psy mierzące po ~30 cm wysokości albo czy z niego regularnie spadają - tego nie wiem.


3. Surrealistyczne wystawy sklepowe

Podobnie jak wiele innych dziedzin życia w tym kraju, tutejszy drobny handel wydaje się dość zacofany. Najlepszym tego dowodem są witryny sklepów, które nieraz wydają się mocno niedzisiejsze - dziwaczne towary i sposób ich rozmieszczenia, ogólny nadmiar przedmiotów, czy mocno amatorskie cenówki. Na szczycie podium tych atrakcji stoją manekiny i stworzone przez nie kompozycje, które bywają wręcz... niepokojące? Niech przemówią zdjęcia:





4. Family Frost z...

Przez cały mój pobyt w Portugalii towarzyszyło mi jedno zjawisko - biały van typu full blaszak, jadący do sąsiada za płotem, jednocześnie dusząc klakson przez kilka długich sekund. Sądziłem że to kurier, często nawiedzający sąsiada, który wydaje się być człowiekiem niejednego biznesu. Otóż nie - pewnego razu w marcu, gdy akurat miałem rozmowę o pracę przez telefon, rzeczony biały blaszak zatrzymał się nietypowo - na środku skrzyżowania i ustawił tyłem w stronę moich szklanych drzwi na taras. 

Jakież było moje zdziwienie, gdy kierowca wysiadł, przywitał się z sąsiadką jak co rano, po czym otworzył tylne drzwi skrzydłowe. Okazało się, że przestrzeń ładunkowa białego dostawczaka kryje olbrzymią, kilkupiętrową kuwetę z lodem, na które znajdują się świeże ryby. Trudno o lepszy dowód na ogromne roczne spożycie ryb na mieszkańca w Portugalii, niż istnienie Citroena Berlingo przerobionego na ladę z rybami 😀

18.03.2024

Madera cz.2. Czy cokolwiek poszło dobrze?

Witam w drugiej części wpisu o Maderze. W poprzedniej ludzkie tsunami zmiotło większość moich oczekiwań i wyobrażeń. Dzisiaj dla odmiany, spod wodorostów rozczarowania wyłoni się kilka ocalałych pozytywów.

Udało mi się zobaczyć kilka miejsc które będę wspominać miło i nie zgadnijcie co - wszystkie z nich były efektem zmiany planów, pomyłki lub zboczenia z trasy. Łączy je to czego mi najbardziej brakowało - absolutny brak homo sapiens w zasięgu wzroku i możliwość usłyszenia czegoś innego niż ludzie.

Hurr, znowu tłumy. A nie czekaj, to saneczkarze z Monte wracają na punkt startowy

Zły wodospad - ale dobry

Wodospad Aqua d'Alto znalazł się na naszej liście w niewyjaśniony sposób. Do samego końca byliśmy przekonani, że to ten którego strumienie padają na jezdnię. Dopiero po wtarabanieniu się autem po szaleńczo stromej drodze, niemalże na podwórko czyjegoś domostwa, pojawił się przebłysk że to chyba nie tutaj. Droga wskazana przez mieszkankę domu okazała się lekko zarośniętą ścieżką obok levady, z sypiącego się ze starości betonu, miejscami tak wąskiego że stopy nie mieściły się obok siebie. 


Finalny widok wynagrodził jednak wszelkie trudy. Nigdy nie stałem tak blisko tak wysokiego wodospadu. Nigdy nie widziałem na żywo idealnie półkolistej skały otaczającej położony pośrodku próg wodospadu, tworzącej zakątek jak żywcem wyjęty z gry RPG. Miejsce absolutnie wspaniałe, tym bardziej że mogliśmy się nim cieszyć sami.


Widok tuż znad miejsca gdzie zostawiliśmy samochód, był jednym z tych gdy można było przystanąć, podumać i przyznać wreszcie; tak, właśnie po to tutaj przyjechałem.



Sortuj od: najrzadziej wybieranych

Drugim przykładem jest trasa PR 3/PR 3.1 którą przeszedłem po ewakuacji z trasy na Pico do Ruivo. Całościowo trasa PR 3 (Vereda do Burro) jest dość przeciętna - sporo tam widoków na długie i szerokie zbocza pokryte trawą. Znajdziemy odcinki z generycznej kosodrzewiny i skakania po kamieniach w poprzek strumieni. Może jestem już stary i marudzę, ale mam wrażenie że widziałem to już dziesiątki razy. Na plus - wędrujące mgły i wijąca się w dole droga, niczym tapeta na PC z dobrych lat motoryzacji. Oraz - tak, zgadliście, całkowity brak ludzi. 





W międzyczasie udało mi się na szczęście pomylić skręty i pójść kawałek trasą PR4 (Levada do Barreiro), która teoretycznie jest zamknięta. Ten drobny fragment okazał się przejezdny i bardzo urokliwy - z miękką trawiastą ścieżką, leniwie przetaczającymi się chmurami i wąziutką kamienną levadą kończącą się nagłym urwiskiem i widokiem na zbocze usiane powalonymi drzewami. Czy trzeba przypominać że mogłem posłuchać też śpiewu ptaków i wiatru smagającego otaczającą mnie roślinność?



Chwilę później musiałem niestety zacząć kombinować jak wrócić na PR 3, gdyż szlak na którym się znalazłem, prowadził w zupełnie inną stronę. Mapy CZ offline nie zawiodły i znalazłem ścieżkę, która zaprowadziła mnie gdzie chciałem - i to w dość niestandardowym stylu. Tych ledwie kilkaset metrów nie było szczególnie widokowe przez mgły, lecz pokazało inną stronę tutejszych gór. 

Całe zbocze zostało wykoszone z drzew bliżej mi nieznaną klęską żywiołową, a u jego stóp znajdowało się wyżłobione koryto którym płynęła woda. Teren nosił też ślady prac ciężkiego sprzętu, by uczynić tę drogę ponownie przejezdną. Widok robił wrażenie, będąc przy tym wyjątkowo mało insta-friendly.



Panorama o 18:00

Na sam koniec został mi szlak PR 3.1 (Caminho Real do Monte). Na jej początku znajduje się ścieżka przyrodnicza prezentująca lokalna roślinność, a także... dorodne pawie, wydające się być wyjątkowo zrelaksowane. One pewnie też nie narzekają na tłumy, hehe. Dalsza część trasy prowadziła na południe, wzdłuż zbocza z którego otwierał się widok na otaczające góry i majaczący w oddali ocean. Mimo narastającego chłodu i wąskiej ścieżki, szło się przyjemnie, spoglądając na szeroką panoramę i jadące w dole samochody, niczym migawka z pewnego amerykańskiego serialu dziejącego się na Alasce.




Wędrówkę zakończyłem na Pico di Alto, znajdującym się 700 m niżej niż początek trasy w Pico de Areiro. Tutaj pustki już mnie nie dziwiły - do zachodu pozostała godzina, a okolica dość odludna, mimo relatywnej bliskości Funchal. Sam szczyt jest moim zdaniem świetny na dłuższy przystanek. Od północy rysują się pierwsze "właściwe" góry, a patrząc na południe rozpościera się przed nami panorama Funchal i widok na ocean. Znajdujący się u stóp punktu widokowego rozległy teren piknikowy też ma coś w sobie i świetnie uzupełnia okolicę. Nie sposób się szybko znudzić tym zestawem.





Jaki wniosek płynie z całej tej tyrady?

Madera to w 2024 bardzo przeciętny pomysł dla ludzi z alergią na tłumy. Urok wielu miejsc został zadeptany Conversami i rozjechany produktami Stellantis. Wybierając się na dowolną z najbardziej polecanych tras, możemy zapomnieć o byciu sam na sam z tutejszą przyrodą, czy nawet chodzeniu własnym tempem na wąskich odcinkach. Na deser grozi nam jeszcze Polska w dużych dawkach. 

Owszem, da się znaleźć miejsca po których zamiast dronów hula tylko wiatr - zazwyczaj wg klucza "im bardziej z dupy trasa tym lepiej". Wymaga to jednak bardzo dokładnego researchu i niemal autystycznego planowania każdej z wędrówek - a nieraz i to będzie za mało. Dlaczego? Opisana wcześniej trasa PR3 + PR 3.1 nie jest pętlą ani przejściem z nawrotką typu A->B->A. To 12 km schodzenia na strzała z 1800 na 1100 m (lub wspinania się 700m do góry), także do jej przejścia konieczne będzie zgłębienie meandrów tutejszej komunikacji zbiorowej lub znajomi którzy odbiorą was autem na finale wędrówki, gdy ukończą swoją

W przypadku pierwszej opcji należy doliczyć jeszcze 3 km na dotarcie do cywilizacji, tj Monte. Podobny problem występuje w przypadku innych, mniej popularnych tras PRx typu A -> B, gdzie przejście tam i z powrotem może okazać się dużym wysiłkiem - tym bardziej jeśli chcemy wędrować codziennie. 

Trasa PR 8 - Vereda da Ponta de São Lourenço

Jeszcze będąc na Maderze przyszło mi do głowy, że powinna istnieć jakaś przeciwwaga dla tych wszystkich ociekających emejzingiem rolek z Instagrama. Panoram i zachodów słońca przy idealnych warunkach atmosferycznych i kręconych z drona ujęć których człowiek nigdy nie zobaczy na własne oczy. Taki Państwowy Blog Podróżniczy - ze zdjęciami robionymi ziemniakiem, średnio skadrowanymi, bez wycinania niekorzystnych czynników z drugiego planu. Taki kontent powiedziałby o wiele więcej o danym miejscu i przede wszystkim, nie kreował absurdalnego popytu na daną lokalizację w krótkim czasie.

Cabo Girão


Czyli zatem więc?

Zbierając wszystko powyżej, ujmę to tak: pojechać w 2024 na Maderę celem trekkingu to jak wybrać się na roadtrip po Europie słynnym w niektórych kręgach Volkswagenem T3. No można, będą z tego fajne zdjęcia na Instagram, ale właściwie po co się tak męczyć? Owszem, ma 4 koła, ekwipunek pomieści, dojechać dojedzie - tyle że istnieją dużo lepsze auta do tego zadania. 

I tak samo jest z Maderą - może i są ludzie którym nie przeszkadzają tłumy i oszustwa, tak samo jak istnieją nie mający obiekcji wobec mocy silnika jak z Fiata Pandy, braku klimy, ogromnego hałasu i realnej prędkości maksymalnej 90 km/h. W aucie którym mają zamiar przejechać 2500 km w swoim czasie wolnym.

A jeśli nawet to was nie odstraszyło, pamiętajcie o jednym - każdy gorliwy muzułmanin ma obowiązek raz w życiu odwiedzić Mekkę, lecz nie jest szczegółowo określone kiedy dokładnie. A im dalej od 2024, tym lepiej.


11.03.2024

Madera cz. 1. Wszystko co złe w insta-turystyce

Niektórzy z was prawdopodobnie kliknęli w odnośnik z oburzeniem i niedowierzaniem. Jak tak można, szkalować Maderę - krainę wiecznej wiosny, mekkę aktywnych millenialsów? Wyspę marzeń z widokami rodem z LoTR i dobrą pogodą przez ten sam procent roku, co mamy złą w Polsce? 

Oto kilka powodów dla których wsiadałem w powrotny samolot z głębokim meh w sercu, niczym rybak wyciągający z sieci 3 kg dorsza i 5 m3 wodorostów.



Funchal to żart

Niemiecki żart - drogi i mało śmieszny. Największe miasto Madery jest opanowane przez chwiejących się na swoich bladych nogach niemieckich emerytów, a wszelakie atrakcje skierowane do nich - zarówno treścią jak i ceną. O ile koszt 12€ w jedną stronę za kolejkę na wzgórze Monte był mi znany i jakoś go przebolałem, to zastane na górze ceny w postaci 15€ za wstęp do ogrodu botanicznego lub okolice 20€/osoba za zjazd słynnymi sankami różniły się od tego co można było przeczytać w Internecie. 

Dla człowieka spoza starej UE takie ceny to sroga przesada i po krótkim spacerze zostało nam udać się na przystanek autobusowy, by zjechać z powrotem do centrum za 1,95€. Sam przejazd autobusem był stosunkowo atrakcyjny - można było zobaczyć z bliska ciasnotę zabudowy i szaleńcze nachylenie stoków Monte.

Ceny odpowiednio dla 1,2 i 3 osób

Samo centrum jest trudne do zdefiniowania, niczym szczególnym nie zachwyca - ot uliczki wyłączone z ruchu samochodowego lub jednokierunkowe. Pozostała część Funchal (widziana głównie z auta) jest dość nieprzyjemna - częste "przyklejanie się do ścian" i liczne tunele są dość klaustrofobiczne. Nie spodziewałem się zbyt wiele po tym mieście, ale tak chamskiego skoku na hajs i ciągłego przedzierania się przez germańskich starców nie przypominam sobie nigdzie indziej. 


Bez samochodu nie zwiedzisz nic

Dla naszego zestawu osobowego nie był to problem - mieliśmy kierowcę z 13-letnim doświadczeniem, lubiącego ciasne zakręty i wymagające drogi. Spora część osób może być jednak trochę przerażona tutejszymi drogami - strome podjazdy, liczne nawroty, wąskie mijanki czy odcinki nad przepaścią. Albo wszystko naraz. 

Nasz Stellantis z mocarnym 1.0 R3 pod maską. Przynajmniej brzmiał fajnie

Na wyspie istnieje komunikacja publiczna, jednak nie jest ona stargetowana w turystów - większość linii służy mieszkańcom i zbiorkom nie dojeżdża do wszystkich atrakcji. Przedzieranie się przez logikę tutejszych przewoźników i późniejsza jej konfrontacja z rzeczywistością to moim zdaniem zbyt duży wydatek czasowo-nerwowy, przez co lądujemy w punkcie wyjścia - trzeba wypożyczyć auto. A w trakcie tegoż można się przekonać, że...


Turysta to bydło do strzyżenia

O ile drogi nie dały szczególnie popalić naszemu zestawowi, to lokalne wypożyczalnie już tak. Mimo wcześniejszego sprawdzenia warunków wypożyczenia (chodziło o możliwość rezerwacji przy użyciu karty debetowej, nie kredytowej), tutejsza wypożyczalnia GOLDCAR oświadczyła "u nich to tak nie działa" i że nie wyda samochodu bez dokupienia dodatkowego ubezpieczenia - co kosztowało... więcej niż samo wypożyczenie auta. Sama obsługa wydawała się być doskonale zaznajomiona z mechanizmem, a otrzymany samochód nie pokrywał się z tym co rezerwowaliśmy, nie tylko modelem ale przede wszystkim mocą silnika.

Obrotomierz dowodem że konieczne było korzystanie ze wszystkich 68 KM

Po chwili googlowania okazało się, że taki proceder trwa w najlepsze od dawna i nie bardzo jest jak się o nim dowiedzieć, bo pozostałe oddziały GOLDCAR nie słyną z takich praktyk, a rezygnacja z usługi i rezerwacja u innej firmy ad-hoc w dniu przyjazdu wyjdzie znacznie drożej. Informacje o oszustwie znalazłem dopiero pod pinezką tego oddziału GOLDCAR na lotnisku w Funchal w Mapach Google. A bądźmy szczerzy - kto kopie tak głęboko w trakcie organizowania wyjazdu, na który składa się 758 rzeczy do zrobienia? Zachciało się Madery to płać!


Parkowanie to koszmar

Ze wszystkich miejsc które odwiedziliśmy, problemów z parkowaniem nie było tylko pod lasem Fanal, gdzie zajechaliśmy późnym popołudniem w gęstej mgle (tutaj akurat pożądanej). Wszystkie pozostałe cele wiązały się parkowaniem na partyzanta, zajmując jeden z pasów ruchu lub niczyją przestrzeń na styku rynsztoka z krzakami. 

Ciekawe czy jest tu segment na Stravie

Wydłuża to znacząco proces parkowania jak też dotarcie do właściwego punktu wejścia na szlak. Niby mało to odkrywcze w turystycznym miejscu, ale widząc raz po raz ciągnące się dziesiątkami metrów samochodowe dżdżownice, ciężko zignorować wrażenie, że podstawowym i najbardziej doskwierającym problemem Madery jest...


Alarmujący overtourism

Przed wyjazdem sądziłem że początek marca to termin z czapy - ledwo początek wiosny, zaraz po mocno niepolecanym lutym i tłumów być nie powinno. Och, jakże się myliłem. Chciałbym to przypisać dobrej pogodzie, ale to nie Tatry gdzie na wyjazd można się zdecydować z dnia na dzień. 

Chodząc po bardziej rozpoznawalnych trasach, można zapomnieć o byciu sam na sam z naturą. Ludzie są wszędzie i nierzadko z gatunku tych którzy powinni byli zostać w mieście. Tak samo wkurzający potrafi być "gang" 20-letnich Włoszek, wyposażonych w 1 browara i 2 paczki szlugów, które kopcą tuż pod wodospadem na finale trasy, jak i tercet dynamicznych 36-letnich Austriaków, którzy nie potrafią cię minąć bez trącenia łokciem, BO ONI KURWA MUSZĄ BIEC - nawet tam gdzie odcinek szlaku ledwo pozwala się minąć 2 osobom. 

Tylko ja i natura

Oszczędzę sobie (choć w sumie to nie) osobnego rantu na wszelkiego rodzaju copy-paste instagramiarzy i droniarzy, którzy zamiast zwiedzać jedno z ciekawszych miejsc w tej części świata, przyjechali tutaj robić KONTENT, taki sam jak wszyscy inni 34-letni brodacze w butach Salomon i kurtce North-Face. Choć oni nie są tak uwierający jak...


Wszechobecni Polacy

Nie chodzi mi tutaj o żałowanie naszym krajanom wyjazdów zagranicznych za ciężko zarobione w oparach deadline'ów pieniądze. Po prostu wyskakuje mi błąd w rzeczywistości, gdy przylatuję na oddaloną od wszystkiego wyspę, która leży bardziej w Afryce niż Europie i okazuje się że co trzecia mijana osoba mówi po polsku. Jakbym chciał pooglądać klasyczne polskie pary (obrażona laska i zmęczony facet) lub posłuchać w tle o problemach z tarczycą Anety czy ząbkowaniu małego Stasia, to zalałbym ropę do Passata i pojechał do Zakopanego. 

Szlak S7 do Ruivo, w tle tradycyjny korek przed Mogilanami

Jakkolwiek autystycznie to nie zabrzmi, duże ilości naraz Polaków poza Polską wywołują u mnie straszny dysonans. Czy ja naprawdę leciałem taki kawał drogi, żeby słuchać jak idąca za mną 'gorąca' 40-tka robi żarty na temat banana wystającego z bocznej kieszeni mojego plecaka? 

Wszystko to promieniuje przeraźliwym Full Gubałowka Experience i prowadzi do wniosku, że ponowną wizytę tutaj można rozważyć dopiero za kilka lat. Gdy hype opadnie na dobre, hasztag Madera przestanie trendować na insta, a trekkingowi millenialsi znajdą sobie nową kocimiętkę. A wrócić można, bo gdy wydostaniemy się z zaklętego kręgu Top 5 atrakcji Madery wg każdego blogu na WordPressie, okazuje się że...

Najlepsze miejsca to te nieoczywiste

Ale o nich więcej w części 2 😚

23.02.2024

Polska vs Portugalia - niespodziewane podobieństwa

Temat nasunął mi się stosunkowo szybko po przyjeździe, ale jakoś tak wyszło, że się zakurzył. Oto kilka zdumiewających analogii pomiędzy Polską a Portugalią, które korespondują z bardzo podobnym poziomem PKB obu państw.


1. Dominuje jedno państwo do którego wyjeżdża się za pracą

Wiele z was pomyślało zapewne o Hiszpanii. Otóż nie - tym krajem jest Francja. Im dłużej o tym się myśli, tym bardziej wydaje się to logiczne. Sąsiednia Hiszpania mimo że jest zdecydowanie dużym państwem, od dłuższego czasu ma problemy z bezrobociem, zwłaszcza wśród młodych. A Francja wręcz przeciwnie - to duże, bogate państwo starej Unii, z gospodarką napędzaną w sporej części przez imigrantów. 

W sierpniu w naszej okolicy nietrudno było zauważyć inwazję aut na francuskich tablicach rejestracyjnych - to nie byli turyści, a lokalsi którzy przyjechali do ojczyzny na urlop. Nawet wśród pracowników naszej organizacji wątek emigracji do Francji jest dobrze znany i obecny w ich rodzinach. Jak i u nas zresztą - każdy zna kogoś, kto siedzi w UK.




2. Wyznacza to także najpopularniejszy język obcy

Jeśli zostaniecie zaczepieni przez lokalsa w wieku 40+, który zorientuje się, że wy nihuhu po portugalsku, niemal na pewno usłyszycie pytanie - parles-tu français? 

Francuskiego uczy się tu w szkołach jako najważniejszego języka obcego, a wiele ludzi w wieku emerytalnym zna ten język dobrze, mając za sobą lata (jeśli nie dekady) pracy w tym kraju. Angielski to w Portugalii stosunkowo świeży wynalazek, który zyskał na znaczeniu wraz z rozwojem turystyki. Dużo lepiej będzie go znał tutejszy 18-latek który nie zna świata bez dostępu do Internetu niż przeciętny 30-latek, który na początku turystycznej rewolucji z 2013 roku był już na ostatniej ścieżce edukacyjnej albo pracował. 


3. Imigranci to niemalże monokultura

Portugalczycy nie gęsi i swoich Ukraińców mają. Chodzi o wspomnianych we wcześniejszych wpisach Brazylijczyków, którzy od ~2019 roku szukają tu dla siebie lepszych perspektyw, skuszeni kompatybilnością językową, wyższym poziomem edukacji oraz brakiem strzelanin na porządku dziennym. Z najnowszych danych opublikowanych w październiku 2023 r. wynika że na terenie Portugalii przebywa na stałe ​​393 000 obywateli Brazylii - a liczba ta nie obejmuje osób posiadających podwójne obywatelstwo. 

Lokalsi nie pałają do nich szczególną sympatią, narzekają na głośny i nieraz problematyczny lajfstajl w dużych miastach, lecz szanują za branie z pocałowaniem ręki najgorszych prac, głównie fizycznych. Brzmi znajomo? 😀




4.. Koncentracja młodych ludzi w dużych miastach

Także w Portugalii widać silną koncentrację młodych ludzi w największych miastach tj. Lizbona, Porto, Braga czy Coimbra. Odpowiedniki naszych miast powiatowych (brak sensownych wyższych uczelni, kilka fabryk smrodu) nie mają zbyt wiele do zaoferowania, a z uwagi na populację kraju (zaledwie 10 mln mieszkańców), samych miast nie ma aż tak wiele. 

Na północy sytuacja wygląda jeszcze przyzwoicie - nasze 115-tysięczne Barcelos ma jedną uczelnię wyższą i sporo przemysłu tekstylnego, w okolicy jest jeszcze Guimaraes czy pasmo kurortów nad oceanem. 

Z kolei środkowo-wschodnia i południowa część kraju (wyłączając Algarve) to już typowe nigdzie, z polami po horyzont i cachorros szczekającymi dupami. Dobrym przykładem jest Evora - 50-tysięczne miasto, stolica regionu Alentejo dookoła której nie ma zupełnie nic. Trochę jak nasza Lubelszczyzna.



5. Ceny nieruchomości popierdoliło

Mam tutaj na myśli zarówno kupno jak i wynajem. Na ten problem nałożyło się kilka czynników - oprócz wymienionej wyżej brazylijskiej imigracji, warto wspomnieć o programie złotych wiz. W dużym skrócie, portugalski rząd oferował swego rodzaju deal - za wydanie przynajmniej 500 tys. € na nieruchomość, obywatele państw spoza strefy Schengen uzyskiwali status rezydenta i możliwość legalnego przebywania na terenie kraju. 

Program trwał od 2012 do 2023 roku i został wycofany po naciskach ze strony UE i społeczeństwa, które słusznie wskazywało, że program przyczynił się do zaostrzenia kryzysu na rynku mieszkaniowym. Korzystali z niego głównie Amerykanie, Brazylijczycy i Chińczycy.

Trudno zaprzeczyć, że swoje zrobiła także turystyka - przerabianie kamienic pod hotele i hostele czy mieszkań pod AirBnB dotknęło głównie Porto i Lizbonę. Te miasta, oprócz bycia głównymi ośrodkami akademicko-imigracyjnymi, są także jednymi z najchętniej odwiedzanych miejsc przez turystów w całym kraju. 

Przykładowo, wynajem pokoju w Porto kosztuje najczęściej między 400 a 500 euro, natomiast zarobki są w tym kraju bardzo podobne do polskich, zatem nie można takich cen usprawiedliwić typowym dla zachodniej Europy argumentem "ale przecież zarobki są x razy większe"



6. Smutne twarze na ulicach

To było jedno z moich większych zaskoczeń po przyjeździe. Brak zimy, mnóstwo słońca w trakcie roku, piękne krajobrazy - dlaczego zatem tutejsi się nie uśmiechają? Chodzą po ulicach i straszą mnie dobrze znaną z polskich ulic mieszanką wkurwu, smutku i focha.

Odpowiedź to przytaczany w wielu przewodnikach i blogach termin saudade. Większość źródeł twierdzi, że nie da się go w prosty sposób przetłumaczyć. Oznacza tęsknotę za kimś lub czymś, co niegdyś sprawiało wielką przyjemność. Może jednak dotyczyć także czegoś co... nigdy się nie wydarzyło, zatem nie jest nostalgią. Inni z kolei definiowali saudade jako niejasne i ciągłe pragnienie czegoś innego niż... teraźniejszość. Nie byłbym jednak sobą gdybym nie spróbował wyrzeźbić polskiego odpowiednika i oto jest - tęsknostalgia.

Z tego co udało mi się dowiedzieć, saudade ma wiele składowych - upadek dawnej potęgi państwa (ściślej mówiąc, utraty zdobyczy kolonialnych), dyktatury między 1933 a 1974 rokiem, czy ogólnej biedy która z niej wynikła i ciągnęła się właściwie do początków XXI wieku. Jest to bardzo duży kontrast na tle sąsiedniej Hiszpanii i jej domyślnie radosnych mieszkańców, którym humoru nie są w stanie zepsuć żadne problemy.

18.01.2024

Top Srylion #4 - najbardziej przydatne rzeczy na długim wyjeździe zagranicznym

Spakowanie się na 8 miesięcy było jednym z większych wyzwań około wyjazdowych jakie pamiętam. Wypadało pomyśleć nie tylko o ciuchach z krótkim rękawem i okularach przeciwsłonecznych, lecz również o wielu niepozornych rzeczach których używam na co dzień i nawet nie zauważam. Są też takie, które przydają się relatywnie rzadko, lecz bez nich pewne momenty byłyby niewesołe. 

Po 5 miesiącach na miejscu mogę śmiało powiedzieć że udało się, w czym niewątpliwie pomógł mi wcześniejszy wyjazd na semestr do Słowenii. Lista obejmuje przedmioty i dobra niematerialne, które okazały się szczególnie istotne w lokalnej rzeczywistości, pogodzie i podczas zwiedzania.


1. Czołówka

Trudno policzyć jej wszystkie możliwe zastosowania. Wracanie pieszo w nocy poboczem drogi, jazda rowerem po zmroku, zmiana butli z gazem o północy, szukanie czegoś w torbie gdy nocowałem w hostelu, schodzenie do garażu po tym gdy 7 raz tego dnia wywaliło korki w zimie (o tym jeszcze będzie szerzej). Swoją drogą, to dobry pomysł na prezent dla kogoś w przedziale 18-24.



2. Porządny plecak

Niezbędnik na takiej wyprawie. Sztywne, profilowane plecki magicznie odciążające kręgosłup, przegroda na wartościowe itemy, boczne kieszenie siatkowe mieszczące butelki i wymiary wpasowujące się w darmowy bagaż Ryanaira, czy regularne tachanie zakupów na rowerze. I pomyśleć, że to wszystko można było dostać za 40 zł (cena z 2021) w Decathlonie 😍



3. Zegar z termometrem

Z racji kartonowej konstrukcji większości domów, zarówno latem jak i zimą spotkałem się z temperaturami dalece poza strefą komfortu. 32 stopnie w sierpniu czy 15 Celsjuszy po ledwie kilku godzinach bez grzania zimą. Portugalskie budownictwo potrafi dać po dupie, a termometr wewnętrzny poinformuje nas jak szybko z tej dupy się wyczołgujemy - oczywiście już po odpaleniu farelek XXL.



4. Krem SPF 50

Klub 30+ wie o co chodzi. To nie tylko element zestawu plażowego, ale prosty i skuteczny anti-aging. Za regularne używanie podziękujecie sobie w przyszłości 😙 Nie trzeba nawet bankrutować w lokalnych aptekach - tutejsze markety oferują kremy z filtrem przez cały rok.



5. Cienka i lekka kurtka

Jeszcze w sierpniu miałem sytuację, że bez takowej kurtki byłbym dalece niepocieszony. Niezależnie od pory roku, wraz zachodem słońca temperatura gwałtownie spada i z przyjemnego ciepłego wieczoru nagle robi się chłodna noc. Szczególnie mocno mogłem to odczuć jeśli przyszło mi wtedy jechać rowerem - wtedy leciutka wiatrówka wyciągnięta ze strunowego woreczka sprawdza się doskonale. W tym przypadku, jest to bardzo podstawowa kurtka do biegania - a jakże z Decathlonu.



6. Zestaw termoaktywny (długi rękaw)

Ciuchy których jak dotąd używałem w trakcie górskich zimowych wędrówek, zgodnie z przewidywaniami okazały się nieocenione podczas najzimniejszego okresu, który przypadł tutaj na grudzień. Również w tym miesiącu zdarzyło mi się dzielić dom z tureckim zespołem bardzo-krótkoterminowych wolontariuszy, skutkiem czego w każdej z 3 sypialni poszły w ruch grzejniki elektryczne. 

Nieszczególnie zachwycona tym faktem była instalacja elektryczna w domu, przez co niemożliwe było używanie satysfakcjonującej mocy grzejnika bez ustawicznego wywalania bezpieczników. Jako człowiek definitywnie ciepłolubny, uważam 18 stopni w pomieszczeniu za karygodną i niedopuszczalną sytuację, którą pomógł mi przetrwać właśnie termoaktywny zestaw z Lidla.



7. Woreczki strunowe

Kto zaczął z nich korzystać, nieprędko skończy. Wprawdzie dotąd nie musiałem upychać do nich ubrań czy bielizny aby zmieścić się do bezpłatnego bagażu w Szwagranair, jednak i bez tego są znakomitym wsparciem każdej podróży. Świetnie sprawdzą się do przechowywania leków/suplementów czy drobiazgów typu kable i ładowarki, które dziwnym trafem zawsze lądują w najbardziej niedostępnym rejonie torby. 



8. Własna poszewka na poduszkę

Jakkolwiek autystyczna może wydawać się to propozycja, tak bardzo cieszę się, że początkiem sierpnia wrzuciłem do walizki poszewkę na poduszkę, słusznie przewidując, iż te zapewniane przez organizację przyjmującą, będą mieć swoje najlepsze lata za sobą. I zawsze to milej, wiedząc że nikt przede mną jej nie ślinił w nocy xD


9. Osobny użytkownik w przeglądarce

Przebywając dłużej zagranico, dość szybko uzbiera nam się kolekcja stron www  unikalnych dla danego państwa. Wyszukiwarki połączeń kolejowych i autobusowych, prognoza pogody dla innego miasta niż nasze polskie, lokalne sieci handlowe, portale ogłoszeniowe typu OLX czy niezliczone zapisane na później artykuły o tym co zwiedzić w danym mieście czy regionie. Dodatkowo, znaczna część polskich portali która zwykle gra pierwsze skrzypce w naszych zakładkach, nie będzie tutaj specjalnie użyteczna. 



10. Google Loty

Ilekroć słyszę że ktoś poleca mi Skyscanner czy inne wyszukiwarki z horrendalnymi prowizjami, dostaję mikrowylewu. Do poszukiwań lotów na zasadzie innej niż "gdziekolwiek byle tanio", nie ma narzędzia ponad Google Loty. Możliwość łatwego szukania wyłącznie lotów bezpośrednich, widok kalendarza, historia cen czy możliwość ich obserwowania dla upatrzonych połączeń, także dla scenariuszy multi-city, czy propozycje tanich weekendowych wypadów dla danego miesiąca. The list goes on and on. 

Zapoznanie się ze wszystkimi funkcjami jakie oferują Google Loty daje nam ogromne możliwości znalezienia lotów w dobrych cenach. Jedyne co nas ogranicza to spektrum cenowe - patrząc z perspektywy danego lotniska.



13.12.2023

Portugalska jesień - jak wygląda?

Jedną z motywacji by przyjechać tutaj, było ominięcie paskudnej polskiej zimy i spędzenie tego okresu w znacznie przyjemniejszym klimacie. Kalendarzowa zima wciąż jednak przede mną, zatem teraz mogę zająć się portugalską jesienią. Jaka ona właściwie jest, opowiedzą wam 3 mocne i słabe strony. Na początek oczywiście, minusy 😅


1. Pada często i dużo

A szczególnie tu gdzie jestem, tj. na północy kraju. Gdy słońce osłabnie, na ląd wdzierają się ogromne ilości wilgoci znad Atlantyku. Bywa, że taki deszcz trwa cały dzień z kilkoma drobnymi przerwami, sam opad jest gęsty, intensywny. Dodatkowo, w tym roku trafiło się wyjątkowo brutalne przejście z lata w jesień - w ciągu 2 dni nastąpiła transformacja z pogody nadającej się do plażowania do konieczności ubrania długich spodni i kurtki. 

Deszcze z przełomu października i listopada były tak intensywne, że znacząco wezbrały rzeki, w szczycie sezonu ulew problematyczne stało się nawet wyjście do sklepu, a po wszystkim w wielu polach stała woda.

Polish sky mode on


2. Lodówa w domu

Jak w wielu innych południowoeuropejskich krajach, centralne ogrzewanie w portugalskich domach jest rzadkością, a izolacja termiczna właściwie nie istnieje. Gdy przez kilka dni na zewnątrz utrzymuje się pogoda typu 13 stopni w ciągu dnia, wówczas temperatura wewnątrz budynku szybko zbliży się do tej wartości. Prowadzi to do zabawnych absurdów - np. wracając po tygodniowym wyjeździe (zostawiwszy dom nieogrzewany), wewnątrz było 16 stopni, a bateria w myszce bezprzewodowej tak przemarzła, że myszka nie reagowała po włączeniu laptopa. 

Lokalne rozwiązania problemu zimna opierają się na sprzętach w rodzaju farelki XXL (grzejnik optycznie podobny do spotykanych w Polsce olejowych, tylko spirala), funkcji grzania w klimatyzatorach, a także... owijaniu się kocem. Osobiście dodałem do tego zestawu zakładanie ciuchów termicznych pod zwykłe ubrania.

Co na to wszystko Portugalczycy? Wiele z nich przyznaje, że sami nie rozumieją braku C.O, a przyczyn upatrują w biedzie jaka trawiła ten kraj przez większość XX wieku i poczynionych podczas budowy oszczędnościach. Ciężko mi jednak odpowiedzieć na pytanie, dlaczego po latach nie nadrabia się tego braku i tutejsi wolą przez kilka miesięcy płacić grubą forsę za prąd -  rok w rok. 

Środek dnia + brak grzania

3. Parujące szyby 

Na chwilę zostajemy jeszcze w temacie walorów tutejszego budownictwa. Wraz z nastaniem chłodnych nocy przywitały mnie poranki z parą skraplającą się na szybach. Długo zastanawiałem się skąd pochodzi ten znany raczej z samochodów problem, aż w końcu mnie olśniło - w tutejszych domach z kartonu, okna mają POJEDYNCZE szyby. Konstrukcyjnie przypominają okna, które w Polsce widuje się w budynkach gospodarczych.

Wypada dopisać samochodową ściągaczkę do listy zakupów

No dobrze, starczy tego marudzenia. Przecież jestem na półwyspie Iberyjskim, dalekim końcu zachodniej Europy, jednym z najbardziej oddalonych miejsc od Polski na tym samym kontynencie. Co zatem można wymienić z zalet tutejszej jesieni?


1. Wciąż jest zielono

Przyczyna jest prosta - drzewa które zrzucają liście stanowią niewielki procent całości. Typowe liściaste gatunki znajdziemy głównie w miejskich parkach czy wzdłuż alei w centrum miasta, gdzie posadzono je głównie w celach dekoracyjnych. Tu i ówdzie trafiają się ich większe skupiska, plac miejski czy zagajnik na obrzeżach. Większe lasy są głównie iglaste, a pola po okresie ich orania w październiku, robią się ponownie zielone w listopadzie - szczególnie jeśli solidnie popadało. Sumarycznie daje nam to krajobraz odporny na zmianę pór roku.

1 listopada, jeden z bardziej ponurych dni. Niby szaro, ale wciąż zielono

6 listopada, widok z centrum seniora, Barcelos

11 listopada, w oddali zieleniące się pola

19 listopada, typowa liściasta aleja, Famalicao


8 grudnia, ~20 km od Nazare


2. Wciąż bywa ciepło

Temperatura w jesiennej porze waha się między 13 a 18 stopni, ale to nie te same stopnie co w Polsce. W ładniejsze dni listopada (a nawet grudnia) można w środku dnia chodzić w samej bluzie, a do słońca zaryzykować krótki rękaw - o ile siedzimy w miejscu odsłoniętym od wiatru. Nie trwa to rzecz jasna cały dzień, okienko można wyznaczyć na godziny pomiędzy 13:00 a 15:00. Szerokość geograficzna robi swoje 😄


3. Długość dnia

Wiele osób nie kojarzy, że Portugalia ma tę samą strefę czasową co Wielka Brytania, tj. -1h względem większość Europy. Budzi to konotacje ze stratą na długości dnia, co może i jest prawdą względem sąsiedniej Hiszpanii, lecz na pewno nie Polski. 

Wysunięcie na zachód kontynentu jest tak mocne, że w jesiennych miesiącach różnica w długości dnia PT vs PL to niebagatelne 90 minut. Mówiąc bardziej obrazowo, nawet w grudniu zachód słońca nie schodzi tutaj poniżej 17:00, a ciemna noc zapada bliżej 17:30. Nietrudno zgadnąć, że te 1,5h ma ogromny wpływ na postrzeganą długość dnia - to moment gdy wiele osób będzie wychodzić z pracy - przynamniej w Polsce.


Ostatnia kolumna pokazuje o czym mowa

Lokalsi twierdzą, że to wyjątkowo ładny grudzień


Pokusiłem się, by sprawdzić kiedy w Krakowie możemy spodziewać się zachodu słońca o identycznej godzinie co w połowie grudnia w Barcelos. Otóż nastąpi to 21 lutego - ponad 2 miesiące później! 🙉


Ocena

Jak podsumować te 3 nieliche zalety i zarazem całość? Otóż jesień i wczesna zima w Portugalii są zupełnie znośne od strony pogody. W żadnym wypadku nie tak depresyjne jak w Polsce, gdzie w tym samym czasie dzień trwa 8 minut, a krajobraz maluje się w 50 twarzy greya. Nie ma tutaj lasów ogołoconych z liści, łąk szarych od przemrożonych w nocy badyli czy mgieł spowijających blokowiska od zmierzchu do świtu. 

Poza koniecznością noszenia długiego rękawu i nieco przerzedzonej roślinności, krajobraz nie różni się zbytnio od letnich miesięcy, a większość problemów wokół jesiennego chłodu wynika głównie z braków i dziwactw tutejszego budownictwa.